128
Naprzeciwko mnie siedział mężczyzna w drogim, granatowym garniturze. Jego skórzane buty lśniły, a złoty Rolex odbijał światło przy każdym ruchu. Wyglądał zupełnie nie na miejscu w szpitalnej poczekalni – jakby pasował do sali konferencyjnej albo saloniku prywatnego odrzutowca, a nie do siedzenia wśród zmęczonych rodziców i przestraszonych pacjentów.
Westchnął głośno, tak żeby wszyscy mogli go usłyszeć. Potem pstryknął palcami w kierunku biurka pielęgniarki.
