Pierwsze dziesięć kilometrów było dla mnie próbą. Przemoknięte dżinsy kleiły się do skóry, buty dusiły mnie z każdym krokiem. Ale szłam dalej, a znaczniki mil znikały w ciemności niczym niemi świadkowie. Powtarzałam sobie mantrę: z nim każdy krok to jeden krok mniej.
Około 3:00 nad ranem za mną pojawiły się światła reflektorów. Serce waliło mi jak młotem, niemal spodziewając się, że znów zobaczę pickupa Daniela. Ale zamiast tego, obok mnie zwolnił stary sedan. Szyba opadła, a kobieta po sześćdziesiątce oparła się o fotel pasażera…
